Anonimowy Człowiek

045. Ja

Posted in anonimowy człowiek by (ac) on 27 lipca 2012

Przyglądam się zaczętym, ale niedokończonym tekstom. Nie mogłem ich dokończyć, bo wbrew oczekiwaniom moje notatki żyją własnym życiem. Gubią się gdzieś wśród tysięcy ledwie potrzebnych przedmiotów i spraw. Co prawda czasami odnajdują się niespodziewanie, ale nie te, które są w tej chwili potrzebne, tylko inne. A że wyglądają niewyraźnie i dotyczą rzeczy, które były dla mnie ważne kiedyś, a teraz akurat nie są, to na nową szanse muszą poczekać jeszcze wieczność. Czasami grzęzną pod kubkiem z herbatą, czyli Bóg wie gdzie. Znowu będą nie do odnalezienia.

A myśli są już gdzie indziej. Jeśli są. Nie czekają. A ja nie umiem opowiadać o rzeczach, o których sam sobie nie opowiadam. I tak jest dobrze.

Niezbyt szybko to się dzieje. Stopniowo, ale jednak dzieje się. Staję się coraz bardziej świadomy pustki, jaka jest we mnie. To konsekwencja wielu tygodni pracy w nadmiarze. Wcześniej myślałem, że z powodu znieruchomienia przy komputerze najbardziej cierpią moje nogi, przede wszystkim kolana, że dziwaczeje sylwetka i mętnieją oczy, a tu okazuje się, nie po raz pierwszy, że cały człowiek marnieje. Także umysł. A dusza niepielęgnowana najwcześniej. W przypadku każdego rodzaju zniewolenia jest tak samo.

Andrzej Wróblewski, Człowiek rozdarty, 1956, Muzeum Narodowe, Wrocław

Już nie jestem taki fajny. Nie czuję ciepła świata. O duchowości na zawołanie nie opowiadam. Nie piszę. Nie czytam. Nie widzę sensu bycia tutaj, wśród ludzi i duchów. Widzę jedynie przymus uporania się z zadaniem, od którego zależą losy świata i moje stosunki z gazownią. Nawet nie wiem, że tu jestem. Z trudem przyjmuję każdy poranek, a wieczorami… Wieczorami wyświetlam filmy. Najczęściej o przyszłości samotnej i biednej. Wydawało się, że już dawno z tego wyrosłem.

Jest jeszcze coś. Coś zapomnianego i chorego. W tle tylko, jak pierwsza zapowiedź bólu głowy. Ale jest. Odległy szum planet, złowrogi, tępy posmak metalu, nienawiści, umierania, snów w gorączce śnionych. Najgorszych. Coś pochodzącego z innego poziomu egzystencji. Coś, o czym chciałbyś wiedzieć, że nie istnieje. Ale istnieje. Coś, o czym opowiedzieć się nie da. Lęk.

Aż w końcu dałem radę. Uporałem się.  Postawiłem kropkę. Poruszyłem się. Wstałem z krzesła i nabrałem powietrza.

Jest czerwiec 2012 roku. Jestem w Łodzi. Jest piękna niedziela. Za piętnaście dni będę o niej pisał i będzie tęcza. W południe na Piotrkowskiej ludzi jest jeszcze mało. Trochę kibiców piłkarskich, najwięcej w zielonych strojach, więc z Irlandii. I Rosjanie. Rozpoczęły się mistrzostwa europy, i choć w Łodzi meczów nie ma, to część kibiców z nieznanych powodów postanowiła zatrzymać się tutaj.

Przy Zamenhoffa wsiadłem do rikszy, i jadę aż na plac Wolności. Na krótko staję się prawdziwym Lodzermenschem. Z uśmiechem patrzę w niebo i na przesuwające się po obu stronach jasne elewacje kamienic ziemi obiecanej. Bardzo rzadko czuję, że jestem patriotą. A teraz tak. Jest mi dobrze.

Mijam urząd miasta, potem esplanadę, w której śnił się słynny muzyk, trochę dalej pusty od kilku lat lokal po księgarni Pegaz. Na chodniku przed nią, pewnej letniej nocy roku 2003 znieruchomiałem na dłużej. Poczułem się bezsilny, wobec wszystkiego, co się w moim życiu działo. I umarłem. Widzę piękny balkon mojej dawnej pracowni i za chwilę dojeżdżam do miejsca, gdzie napotkałem kiedyś dwóch mężczyzn w kolorze wyschniętego błota. Przy kościele wysiadam.

Tak tylko mam siedzieć sobie. Znieruchomieć w chłodzie grubych, namodlonych przez pokolenia Łodzian murów. Mam obserwować myśli i przesuwać je do przegródek. Chcę się ułożyć, zharmonizować, zsynchronizować umysł z duszą, zadziwić cudem nieskończoności, najbardziej logicznej wielkości we wszechświecie, poczuć doniosłość tego, co jest już za mną, i tego, co jest teraz, w tej chwili. Wypełnić pustkę. Po to tu przyjechałem.

Ale dzisiaj, w sytuacji dopiero co odkrytego kryzysu, przydałoby się jeszcze coś więcej. Jestem podobno na programie. Teraz jest czerwiec. Krok szósty. Zresztą, co za różnica, czy czerwiec.

Roboty jest pełno. Szósty krok, to przygotowanie do kroku siódmego, do aktu świadomej zmiany. Mam dbać o wolę zmiany, żeby mi się chciało chcieć dalej zmieniać. Mam dbać o moją postawę pokory wobec Boga, świata, czyli o prawidłową, normalną więź z Bogiem, bo bez niej w siódmym kroku zupełnie nic da się nie da zrobić. I wreszcie… Mam wciąż mądrzeć na własny temat, bo potrzebuję, chcę wiedzieć, co w sobie zmienić, co mi przeszkadza w drodze przez życie, co oddziela mnie od normalności, spokoju, pogody, miłości. Uświadomić to sobie, określić i nazwać. Miejsce i czas, w którym jestem najwidoczniej to ułatwia, bo wszystko odkrywam od razu. Dwie godziny temu nie wiedziałem, a teraz wiem. Wiem już, co w ostatnim czasie najbardziej mnie zatruwa.

Maurizio Cattelan in Picasso mask begging outside Moma

Ja. Ja i ja. Tylko ja. Wszystko ja. Ja pracuję, ja muszę, ja nie muszę, ja to i ja tamto, i do tego najbardziej ze wszystkich ludzi na świecie. A innych jakby nie było. Ja wypełniam całą przestrzeń. Kiedy bliską mi osobę spotkało coś bardzo trudnego, to nie ona cierpiała, tylko ja. To ja zostałem skrzywdzony. Egocentryzm rośnie i zabija, jak rak. Jest skutkiem lęku i jednocześnie jego przyczyną. W różnym nasileniu zagraża mi od zawsze, wykrzywia obraz świata, rujnuje relacje, spłyca.

W wyobraźni, punkt po punkcie, prawie tak jak na papierze, układa mi się lista z imionami, fotografiami. Staram się umieścić na niej wszystkie ważne dla mnie osoby. Na początku jest rodzina, potem przyjaciele. Podział tylko dla porządku, bo to wszystko jedno przecież. Niełatwo mi tworzyć tę listę umysłem ożywionym i jednocześnie zmęczonym. Dzisiaj trudno o koncentrację.

Przy każdej osobie zatrzymuję się, żeby przez chwilę pomyśleć o niej ciepło, z życzliwością. Z miłością, jeśli umiem. To jest teraz najważniejsze. A jeżeli jest akurat coś takiego, co w tej osobie mnie drażni, czego w niej nie lubię, to staram się zrozumieć powody tego stanu. We mnie i w niej. Jeśli jest z mojej strony jakieś zaniedbanie, na przykład niespełniona obietnica, to zastanawiam się, jak nadrobić je od razu, wyjaśnić. Tak szybko, jak to możliwe.

Wracam na piechotę. Niech trochę poruszą się znieruchomiałe przy komputerze kolana. Popatrzę na ludzi, już w inny trochę sposób, zadzwonię po drodze do kilku osób z mojej listy i zapytam, co się u nich dzieje. Kupię sobie żółte spodnie.

 

pasek jasny na dol 50

Jeśli zainteresował cię ten tekst, przeczytaj też – 040. Fotografia, 019. Plac Wolności, 036. Dobrze jest

kwadracik bialy 14 p

Tagged with: , ,

044. Z prądem lżej

Posted in anonimowy człowiek by (ac) on 19 marca 2012

List do Yen.

Nie napisałem wtedy do Ciebie, chociaż był taki zamiar. Nawet nie wiem, czy czekałaś. Za to w ostatnich dniach dość często myślę o Tobie. A dzisiaj nawet chwilę pomodliłem się, chociaż nie umiem prawie. I pomimo tego, że mój Bóg jest aowski raczej, więc nie ma co się do niego modlić za bardzo. Bo to przecież właśnie on wie najlepiej. Sam wie, co trzeba robić. A mnie nie słucha. Krok jedenasty wyjaśnia wszystko.

Byłem w kościele, pod drodze z wczesnego mityngu, w środku Łodzi, przy Tuwima. Pół godziny przed mszą. Nieduży kościół był całkowicie pusty, stary i mroczny. Przez to ważny, pierwotny i skupiony. I poczułem Go. Przytrzymałem. A potem popłynąłem do domu.

Jeśli zagłębiać się w program w cyklu miesięcznym, to teraz, w marcu, w garncu, jest krok trzeci, a więc próba zaufania światu, powierzenie, zawierzenie. I jest nareszcie wejście w duchowość. Bo krok drugi był, jest, wbrew pozorom, intelektualny przede wszystkim.

A jeśli zrobisz krok w kierunku duchowości, to może znajdziesz się wreszcie w innym świecie. Przytulona do Boga, takiego, jakiego akurat w sobie odkrywasz, będziesz żyła tam, gdzie nie ma depresji, lęku i osamotnienia, nie ma niezgody na przemijanie i wszystkie inne konieczności, nie ma braku poczucia sensu, a trudności i wyzwania nie paraliżują, a są czymś zwykłym. I nie trzeba nigdzie uciekać. Jest wiara, jest nadzieja i jest miłość. I to wszystko tu, na Ziemi. Masz przecież opiekuna najlepszego z możliwych. Już teraz, tu go masz.

 

Mattia Preti, Matka powierzająca swoich synów Chrystusowi, Pinacoteca di Brera, Milan

Tylko jak to zrobić? Jak tam wejść?

Cały program jest właśnie po to. Taki jest jego cel – przejście, przebudzenie, a potem podtrzymywanie więzi z Bogiem, światem. Za pierwszym razem, zbyt głęboko wejść się nie dało. Miałem w sobie zbyt dużo przeszkód. Dopiero, kiedy dwanaście kroków odliczyło się raz i drugi, Ziemia zdążyła okrążyć Słońce, nie raz, kiedy dzięki innym krokom udało mi się zrzucić z siebie kilka dokuczliwych ciężarów, i świadomość poszerzyła się znacznie, bo pracuję cały czas, więc musiała się poszerzyć, wtedy wreszcie się to stało.

Twierdzę, że nad programem trzeba pracować w kółko. Po spirali. Krok po kroku. Rok po roku. Nie raz i nie dwa. A stosować go, oczywiście bez przerwy. I we wszystkich poczynaniach.

Na początku było głupio strasznie. Zdawało mi się, że od tego właśnie mam Boga, miłującego, żeby już teraz on wszystko robił. On. Żeby robił. I wiedziałem, że już musi być dobrze. Zaufałem mu przecież. Powierzyłem się. Wszechmogącemu.

Byłem wtedy w Warszawie, bez pracy i pieniędzy, mieszkałem w wynajętym, zimnym i brudnym pokoju. Bóg miał więc co robić dla mnie. Leżałem całe dnie na łóżku i czekałem, aż wysili się trochę i zacznie dzwonić z propozycjami godnymi mojego talentu, wrócę na drogę kariery, przyjdą sukcesy i pieniądze, pomyślność wszelka, wszystko to, na co naprawdę zasługuję. Długo tak było. Ale telefon nie dzwonił prawie. Zdziwiony i zawiedziony musiałem w końcu zacząć starać się sam, choć nie umiałem za bardzo. Więc zacząłem uczyć się.

Później dopiero zrozumiałem, że to ja mam pracować, a Bóg ma kierować moim życiem. Nie odwrotnie. I usłyszałem też, że Bóg nie zrobi dla mnie tego, co sam mogę dla siebie zrobić. Bo nie ma takiego zwyczaju. Bo jest miłujący.

Jakiś czas potem w jednej z warszawskich kawiarni spotkałem się z Udrape. W kawiarni nowoczesnej, gdzie niedobrą kawę podają w papierowych kubkach, więc nie w kawiarni. Udrape od początku była nie tylko miłością, ale także moją przewodniczką duchową. Kimś takim właśnie. Teraz, kiedy już zdarza się czasami, że to ja mogę dać jej wsparcie, albo udaje się zapalić iskierkę, jeśli trzeba, czuję wielką radość i pewność przebytej drogi.

Nie byliśmy już parą, spotkaliśmy się ot tak, żeby pogadać. Udrape chodziła wtedy do jakiejś chrześcijańskiej szkoły i była mocno uduchowiona. Było to widać w jej oczach. Opowiedziała mi wtedy o powierzaniu się opiece wyższej siły, o braku granic zaufania, o fantastycznych rezultatach puszczenia kierownicy życia, o wyzbywaniu się chciejstwa i zdobywaniu umiejętności zauważania i cieszenia się tym, co daje los, Bóg. O tym, że nurtem życia można swobodnie płynąć bez lęku.

 

 

Potrzebowałem wtedy takich słów. Miałem taki głód widocznie. Byłem gotowy. Otworzyłem się, uwierzyłem jej, i stało się. Zaczął się dla mnie czas bardzo szczęśliwy. Miałem pełno energii, przyciągałem do siebie ludzi, dużo pracowałem i zbierałem owoce tej pracy. Wokół wydarzały się rzeczy piękne. Z moim udziałem, albo nie, a ja widziałem je tylko. Więc i z moim. I do tego czułem ten smak, dreszcz, którego opisać się nie da. Miałem świadomość, że jest tak, jak być powinno.

To trwało jakieś trzy miesiące, może więcej, po czym wróciłem do mojej normy. No, jednak trochę ponad nią, bo zostało mi przecież wspomnienie, doświadczenie. Wiem już, jak może być, wiem, że jest do czego wracać, i że to, co piszą jest możliwe. Że nie kłamią.

Urodziłem się o kilka lat za późno, żeby zostać prawdziwym hippisem, ale i tak niezgoda na wszystko to, co zastałem na dziwacznej Ziemi, była dość długo podstawą mojego bycia. Wydawało mi się, że jest moim obowiązkiem i buduje moją wartość. Niepewny siebie, wątły osiemnastolatek byłem gotowy walczyć ze wszystkimi instytucjami ograniczającymi wolność człowieka, z wojskiem polskim, Związkiem Radzieckim, z całym światem. Wolałem cierpieć i ginąć, niż podporządkować się rzeczywistości. Albo raczej tak mi się zdawało.

Konformistyczny piosenkarz Wojciech Gąssowski wyglądał jak kontestator, kiedy u  boku Dariusza Kozakiewicza w zespole Test śpiewał – źle jest tym, co płyną pod prąd, z prądem lżej – a zaraz potem – źle jest tym, co płyną pod prąd, lecz ty płyń. Słyszałem na koncercie. Karmiłem się wtedy takimi słowami.

 

Wayne Levin, fotografia

Koryto rzeki nie ułożyło się przypadkowo. Jego kształt jest spektakularnie celowy. Wszystkie najdziwniejsze meandry są po coś. I przyspieszenia nurtu. I postoje. Rzeka nie poczęła się i nie płynie bez powodu. Utworzyła ją woda milionów kropli deszczu i topniejących płatków śniegu. Coś się z nimi stać musiało. I rzeka nie kończy się nigdzie, tylko wpływa do morza. I uspokaja się tylko. Nic tak naprawdę się nie kończy, i nic nie ginie. Przemija tylko. A jak kto pomyśli, że wielki wybuch zaczął to wszystko, co jest, że przed nim nic nie było, to nie ma racji.

Zmieniło mi się. Chcę być w głównym nurcie.  Swobodnie płynąć.  Przyglądać się.  Zaufać.  Żyć. Czysta fizyka.

Napisz, proszę, jak się masz?

(ac)

pasek jasny na dol 50

Jeśli zainteresował cię ten tekst, przeczytaj też – 006. Mój obraz,  013. Spokój, 024. Płatki śniegu

kwadracik bialy 14 p

043. Przypadki

Posted in anonimowy człowiek by (ac) on 12 grudnia 2011

Jest sierpień 2011 roku. Brzydkie, zimne i deszczowe lato wzięło się w końcu za siebie. Jednak jest Słońce. Do alkoholików przyszedł młody chłopak. Ma tylko trochę ponad dwadzieścia lat. Jest wymęczony. Rozedrgany. Ma posiniaczoną twarz. Ja przyszedłem dwadzieścia parę lat później. Okulary miałem posklejane taśmą samoprzylepną.

Niedawno córka mu się urodziła. I mnie się wtedy urodziła córka. Kiedy miałem trochę ponad dwadzieścia lat. A młoda żona już od niego odeszła, córkę zabrała, a on dalej nie mógł przestać pić. Więc się próbował zabić. Cztery razy. Cztery razy nie wyszło. A bardzo chciał nie pić już. Nie musieć. I córkę mieć blisko. I żonę. I nikogo nie krzywdzić.

A ja po tym, jak urodziła mi się córka piłem jeszcze dwadzieścia parę lat. A on tu przyszedł i jest z nami. Więc jak to wszystko słyszę od niego, to jak mam nie mieć mokrych oczu?

On w środę gazetę kupił, żeby ogłoszenia przejrzeć, pracy poszukać, choć czuł, wiedział, że jej nie znajdzie. I w tej gazecie najpierw, od razu, zobaczył numer telefonu do nas, alkoholików. I zadzwonił od razu. I od razu przyszedł. W ten sam dzień.

Książka A Million Random Digits, (Milion losowych liczb), RAND Corporation, 1955

Mówi, że przez przypadek tę gazetę kupił, i że przez przypadek nasz numer zobaczył, i zadzwonił, i przyszedł. Ale, kiedy to mówi zatrzymuje się na moment, przerywa opowieść, spogląda do góry i mówi, że to wszystko stało się przez przypadek…  jeżeli w ogóle są przypadki. Ja też tak często gadam. Mądry on jest jakiś, choć młody. Jak na alkoholika.

Teraz uśmiecham się do siebie. Pomyślałem, że jeśli moi rodzice spotkali się przez przypadek, to i ja przyszedłem na świat przez przypadek. A dwadzieścia parę lat później, na świat przyszła moja córka, bo przez przypadek, chwilę wcześniej napotkałem na mojej drodze jej matkę. I tak przez pokolenia pokoleń było. Tryliony plemników brały w tym udział. Więc cały jestem przypadkiem?

Mam karteczkę małą, zakładkę do modlitewnika. Już nie wiem skąd ją mam. Choć jestem mało katolicki i modlitewnika nie posiadam, to przechowuję ją i mam ją stale blisko. Na niej są słowa – Nie pozwólcie, aby czas, który Bóg wam daje, mijał tak, jakby wszystko było przypadkiem. Jan Paweł II.

Ile pięknej pokory jest w tym wskazaniu papieża. Papież nie mówi nam, choć pewnie wie, kto układa historie narodów, kto prowadzi gwiazdy na niebie, kto zaplata linie życia, moją i twoją razem, i wszystkie inne, i że na przypadki żadne już nie zostaje miejsca. Że świat jest logiczny. Mówi tylko, że dobrze jest żyć tak, jakby przypadków nie było.

Ale mówi też, że potrzebną do życia wielowymiarową przestrzeń daje nam Bóg. Czyli życie umożliwia. Na Ziemi. Daje coś, co płynie, jak rzeka, jest tak samo trudne do zatrzymania i niemożliwe do zdefiniowania, jest wyrazem zmienności rzeczy i dowodem na jej istnienie. To obsesyjny temat moich tekstów. Czas.

Mgławica Ślimak (Helix Nebula) nazywana Okiem Boga, fot. z teleskopu Hubble’a, 2004
kwadracik bialy 14 p
 

Im bardziej świadomy jestem moich ograniczeń, tym większą widzę dla siebie przestrzeń wyboru, mam coraz więcej wolności. I coraz więcej decyzji podejmuję, tych ważnych i odważnych. Coraz łatwiej mi to idzie. I coraz mniej się boję.

Mogę wybierać, więc wybieram taki sposób rozumienia świata. Wolę wiedzieć, że zdarzenia i rzeczy mają sens i historię. Że moje życie ma sens i wszystko to, co spotykam na mojej drodze ma sens. Że jak coś robię, albo nie robię, i jak coś się dzieje poza mną, to konsekwencje tego są logiczne, oczekiwane, a nie przypadkowe i dowolne. Moja, wciąż żywa historia dzieje się codziennie. Od rana do zmroku. Od przyczyny do skutku. Od powodów do konsekwencji. Wszystko działa, jak dobrze skonstruowany mechanizm. W chaosie nie umiałbym żyć pięknie.

A choć używam słowa cud i cudów doświadczam, to nie widzę w tym żadnej sprzeczności. Po prostu inaczej niż kiedyś rozumiem to słowo.

Jest luty 2010 roku.  Dziewczyna do mnie napisała.  Odkryłam twojego bloga przypadkiem… przypadkiem? (…) dziś mi ciężko, męki odstawienia… szukam wsparcia, czegokolwiek, żeby nie wrócić do piekła. Więc to chyba nie przypadek, prawda?  24.02.2010  20:48, Yenefer

No… chyba nie przypadek

Umęczonego alkoholem chłopaka nie widziałem już nigdy więcej. Jakieś nowe przypadki, nie przypadki pokierowały jego życiem. A może sam pokierował.

pasek jasny na dol 50

Jeśli zainteresował cię ten tekst, przeczytaj też – 015. Wiedzą kiedy przyjść,  037. Buntownik bez powodu

kwadracik bialy 14 p

042. Podarunek

Posted in anonimowy człowiek by (ac) on 22 listopada 2011

Jest wrzesień 2011 roku.  W tramwaju światło piękne i ludzie piękni. Słońce jest wszędzie. Srebrzyste auto stoi dwa dni u mechanika, więc cieszę się spowolnieniem, rozglądaniem, napotykaniem, lekturą. Ale jest jeszcze coś… Dwa razy żyję przecież, więc i urodziny mam dwa razy. Jedne i drugie są we wrześniu. Właśnie dzisiaj są te drugie. Przypomniała mi o tym rano osoba, która przez to moje picie bez kontroli cierpiała najbardziej. Żona. Zresztą ona i bez tego pamiętała wszystkie daty.

Czuję w sobie dzisiaj coś w rodzaju dumy. Że tyle rzeczy się udało, zmieniło. Że dałem radę. Że żyję. Chcę pojechać w piątek do Warszawy. Niedawno dwukrotnie trafiłem tam na rocznicowe mityngi moich przyjaciół. Oba fantastyczne, pełne radości i ciepła. Wtedy właśnie postanowiłem, że kupię duży tort i pojadę świętować, dziękować nie pierwszy raz, za życie i wsparcie.

kwadracik bialy 14 p

Buddy Holly, James J. Kriegsmann, fotografia, 1958

kwadracik bialy 14 p

I jeszcze coś chcę sobie kupić do tego. Chcę zrobić sobie prezent. Najlepiej zegarek, bo mi się marzy od dawna. Taki fajny, widoczny, Udrape sobie kiedyś kupiła, albo perfumy któreś z tych drogich, bo czasem lubię, a kończą się. Chcę dać sobie coś dobrego, poczuć to święto jeszcze bardziej. Zasłużyłem przecież.

Niewiele jeszcze wiem. Na razie są moje intuicje i powtarzanie po innych. Dopiero zaczynam poznawać się z myślami mędrców. Bill Wilson i Sokrates też mówili, że wiedzą niewiele, a nie mało wiedzieli. Jak na człowieka. Jest więc jeszcze jeden powód, bym przestał się pysznić. Należałoby wreszcie.

Jak żyć? Jak prowadzić godne i pogodne, piękne i pełne, czyli normalne, życie? Myślę, że podstawowe wskazania, takie jak: życzliwe przyglądanie się sobie i światu, akceptacja i zaufanie, wyjście poza egocentryzm w stronę otwartości i pokory, są takie same od tysiącleci, takie same we wszystkich cywilizacjach i religiach, i znane były już przed wynalezieniem pisma. A nowe czasy, z rozszerzającym się oceanem wiedzy o galaktykach i atomach, nic nowego nie wnoszą. W tych sprawach mało się zmienia. Przede wszystkim język. Więc nic ważnego. No i ludzie żyją wciąż dłużej i dłużej.

Tę myśl o powszechności zasad potwierdza na przykład ojciec de Mello, pisząc takie zdania: „Mistycy, niezależnie od wyznawanej przez siebie doktryny, zgodni są co do tego, że wszystko, co nas otacza, jest takie, jakie być powinno” oraz „Wszyscy mistycy zdarli sobie gardła, by to nam powiedzieć”. Jak wszyscy, to wszyscy.

Niedawno natrafiłem na prawdziwie złotą, choć niematerialną książkę. W światowej sieci. Jest nowoczesność teraz, więc papier coraz rzadziej jest potrzebny. Wystarczają zazwyczaj zera, jedynki i piksele. Zapóźniony, nie wiedziałem nawet o jej istnieniu, choć jest podobno słynna i ma bez mała sześćset lat.

O naśladowaniu Chrystusa napisał Tomasz z Kempis. Jeszcze nie wybrzmiały echa bitwy pod Grunwaldem, kiedy pisał. Jeszcze walczyła efemeryczna Joanna d’Arc, jeszcze nie było druku i panoszącej się Ameryki, jeszcze Słońce krążyło wokół Ziemi, a niemiecki zakonnik napisał książkę jakby dla nas, alkoholików. Książkę bardzo aowską. Już zaraz przy początku jest krótki tekst – O pokornym mniemaniu o sobie.

„Czemu miałbyś się wynosić nad innych, gdy tylu jest od ciebie uczeńszych i bardziej doświadczonych? Jeśli chcesz z pożytkiem się uczyć i wiedzieć coś naprawdę, znajdź radość w tym, że ludzie nie wiedzą o tobie i mają cię za nic.”

Myśli same przypływają, bez proszenia. O pożytkach płynących z odróżniania potrzeb od zachcianek, i o radości, kiedy to się udaje czasem, i o przykrym zdziwieniu, że spełniona zachcianka, jak papieros, cieszy tylko przez chwilę. I o tym, że przecież mam niezły zegarek. Nawet mi go zazdroszczą. I że mam dobre perfumy. Te ulubione się kończą, ale czekają inne. I że najlepszym podarunkiem, jaki mogę zrobić, to zostawić sobie pieniądze, bo zbliża się czas, kiedy naprawdę będą potrzebne.

I jeszcze jedna myśl, nie najmniej ważna, że Bill chyba nigdzie nie pisał o tym, że jak przyjdzie rocznica, to trzeba kupić tort i świętować. Raczej o pokorze pisał. Sam wiem, że jestem ważny, i wiem, że dobrze jest, że jestem. Nie potrzebuję tego słyszeć od innych, karmić się tym i słodzić. Szkodzi mi to. Wystarczy mi dzisiejsze słońce.

Obok mojego dziadka, tego z fotografii zrobionej na tle Tatr, w zadbanym grobie leżą Daniela i Wiktoria. Obie zmarły w wieku 83 lat, i obie w lutym, tyle że Daniela dwadzieścia sześć lat później niż Wiktoria.

Do tablicy nagrobka przyklejone są dwa owalne monochromatyczne zdjęcia. Nieduże, ale niezłej jakości. Daniela i Wiktoria wyglądają na nich jak damy. Przypatruję się im, a one mnie, zaciekawione, bo zwykle się tu nie zatrzymywałem.

Dwie osiemdziesięciotrzylatki leżą w jednym grobie. Matka razem z córką. Tak to właśnie śmierć stroi sobie żarty z płynącego czasu. Przy umieraniu czas przestaje być gumowy i nielogiczny, jak za życia, ale na dobre przestaje istnieć. Rozpuszcza się, zanika, jak człowiek, i jak człowiek umiera, więc wszystko powraca do normy. A fotografia czaruje jeszcze. Łapie i balsamuje chwile, materializuje wspomnienia. Ta dawna, prawdziwa, bo dzisiaj fotografii już nie ma. Ale i tak robi to tylko do czasu.

kwadracik bialy 14 p

Kazimierz Malewicz, Czarny kwadrat, olej na płótnie, 1913
 
kwadracik bialy 14 p

Trochę dalej jest grób, którego nikt nie odwiedza. Drewniany kołek z tabliczką zgnił całkiem i przewrócił się. Podnoszę tabliczkę z nazwiskiem, odwracam ją przodem, czytam, potem opieram o krzyż. Robię to automatycznie. Próbuję przywrócić tożsamość zmarłemu mężczyźnie.

A dalej jest jeszcze jeden, też taki, którego nikt nie odwiedza. Tutaj nie ma żadnej tabliczki, żadnego napisu. Nic nie wiadomo. Nie wiadomo kto i kiedy. Ten ktoś jest całkowicie bezimienny. I tak sobie myślę, i nawet dziwię się sobie, że tak myślę, że to nie szkodzi.

kwadracik bialy 14 p

pasek jasny na dol 50

Jeśli zainteresował cię ten tekst, przeczytaj też – 013.Spokój,  037. Buntownik bez powodu

kwadracik bialy 14 p

041. Dwa teatry

Posted in anonimowy człowiek by (ac) on 16 sierpnia 2011

kwadracik na gore 25 p

Skończyły mi się niebieskie literki. Jest rzeczywistość. Nie sen. Te dwa światy istnieją i są rozłączne. Staram się je od siebie odróżniać, ale czasami je mieszam.

Jest lipiec 2011 roku. Kolega mój umarł. Z licealnej klasy. Nigdy nie przyjaźniłem się z nim, wiele lat go nie widziałem. Nie wiedziałem, co u niego, co z nim. Zapomniałem, że był. Aż przyfrunął esemes. I odpowiedziałem, że… będę.

kwadracik bialy 14 p

Tadeusz Makowski, Teatr dziecięcy, 1931, 54 x 65 cm, Muzeum Narodowe, Warszawa

kwadracik bialy 14 p

Dopiero na miejscu dowiedziałem się, że pił przez te lata. Zapytałem szeptem, co z nim było, co się stało, i usłyszałem szeptem, że Grzegorz nie dbał o siebie ostatnio. Więc jeszcze dopytałem szeptem.

Moim zdaniem dbał. Tak jak umiał. Zresztą, jak człowiek choruje, na alkoholizm albo cokolwiek innego, i umiera, to nic dziwnego. Dziwne byłoby, gdyby żył i żył, i żył bez końca

kwadracik na gore 25 p

Naprawdę lubię pogrzeby. Nawet to zakłamanie pogrzebowe lubię. Jest bardziej ostentacyjne i zrytualizowane, ale jednorazowe, ostateczne, więc szlachetniejsze, niż zakłamanie codzienne. Niedawno ślub też był. Alkoholicy ślub brali. Nie pierwszy już, więc w urzędzie. Podobnie jak na pogrzebie dużo kwiatów było. Mniej usztywnionych drutami, niż kiedyś w przeszłości, a więcej ładnych. Było lakierowane, niedopracowane drewno i kompozytowe marmury, wyuczeni i zmanierowani mistrzowie ceremonii, goście stojący, czystsi niż zazwyczaj i staranniej ubrani, muzyka na keyboard i skrzypce w kącie, były trudności z parkowaniem. Prawie to samo wszystko.

I na tym ślubie też mi dobrze było. Kiedyś w takich sytuacjach zauważałem tylko sztuczność i przymus konwencji. Męczyłem się, dłużyłem. A teraz mi było dobrze. W konwencję wszedłem bez buntu. Nawet spodobała mi się odświętność, i też poczułem się odświętnie. Może też dlatego, że ten ślub akurat, jak mało który, miał sens. Był konsekwencją normalnego życia, rzetelnej pracy po koszmarze czynnego alkoholizmu. I konsekwencją, wyrazem miłości. We wszystkich możliwych znaczeniach tego słowa.

kwadracik na gore 25 p

Jest nas tutaj kilkoro z tej samej klasy. Już jest po wszystkim, i brat Grześka podchodzi do nas. Nie wiem, czy go znam, czy nie znam, i czy to jego brat. On mówi, jakby wiedział, co mówi. Bo wie. A chyba nikt z obecnych nie wie, że ja też znam się na tym dobrze. A może zresztą ktoś wie. Informacje znajdują sobie drogi, o których nie mamy pojęcia. Żyją, kocą się, zmieniają, usypiają i budzą się, robią kariery i w większości umierają w zapomnieniu. A oni… Wiedzą, nie wiedzą… Jaka to różnica?

Brat jest pogodzony i spokojny, jakby czuł ulgę, że jest już po wszystkim. Otwarcie mówi nam, że to było samobójstwo. Ostatni alkoholowy ciąg Grześka był aktem samobójczym. Tak nam powiedział, choć zazwyczaj nie mówi się takich rzeczy głośno, i użył tego słowa – samobójstwo. Zdarzają się czasami rozmowy bez masek. Są takie okoliczności i tacy ludzie, że się zdarzają.

Grzegorz cierpiał bardzo. Od dawna. Uciekał więc. Od życia, od siebie, od wszystkiego. Uciekał. I postanowił uciec jeszcze dalej. I udało się. Tak zadbał o siebie. A na końcu ksiądz powiedział do niego – żyj w pokoju. Jeśli to wziąć na poważnie, to on odżył właśnie.

kwadracik na gore 25 p

kwadracik bialy 14 p

Umarła klasa, Tadeusz Kantor, teatr Cricot 2, 1975

kwadracik bialy 14 p

Dobraliśmy się według łatwego do odgadnięcia klucza, ale wtedy nie mogłem go jeszcze dostrzec. Prawie od początku liceum, krótko po tym, jak wypiłem pierwszą w życiu szklankę wina, aż do końca szkoły, i jeszcze trochę dłużej chyba, ja i trzech moich kolegów, prawie zawsze w tym samym składzie, gdy tylko zdarzyło się, że ktoś z nas miał wolne mieszkanie, spotykaliśmy się na wieczornych, męskich brydżach.

Marnie grałem w karty i niespecjalnie je lubiłem, ale coś ciągnęło mnie na te spotkania. Przychodziłem na nie zobligowany pragnieniem przynależności, lękiem. Nie wiem. Na stole szybko pojawiał się alkohol. Drugi rober już nie szedł, trzeciego często nie było. A my śmialiśmy się, płakaliśmy, gadaliśmy mądrości, wymiotowaliśmy. Czasami wędrowaliśmy po nocy w poszukiwaniu butelki albo papierosów.

kwadracik na gore 25 p

Było nas czterech. Pierwszy byłem ja. Nie według ważności, a dla porządku.

Drugi, to ten, który był przy mnie na pierwszym w moim życiu mityngu. Ja i on prowadziliśmy żywoty równoległe, w dziedzinie alkoholowej. Niezależnie ode mnie przestał pić kilka dni wcześniej albo później niż ja.

Trzeci z nas umarł już. Jego pogrzeb był pierwszą dla mnie świadomą lekcją uważności, zatrzymywania chwil, a jego grób odwiedziłem w słoneczne popołudnie 2009 roku, i napisałem o Tym. Ten trzeci poszedł kiedyś do drugiego, bo coś słyszał, czy się domyślał, i powiedział mu, że ma problem z alkoholem. I usłyszał, dowiedział się, co z tym można zrobić. Ale nie skorzystał.

A czwarty, podobnie jak Grzegorz, zniknął mi dość szybko.

kwadracik na gore 25 p

Jest jesień 2011 roku. Jestem w Łodzi. Przed mityngiem czekam chwilę w klubie abstynenckim.  Nie lubię takich miejsc. Przeszkadza mi przerażający smród papierosów, prowizorka i bałagan, który nie przeszkadza nikomu innemu. W takich warunkach alkoholicy czują się, jak u siebie. Nie muszą nic zmieniać. Mogą narzekać.

Ktoś podchodzi do mnie, i mówi mi, że się znamy, więc podaję mu rękę. Tak, jakbym go znał, chyba widziałem go gdzieś. Ale nie wiem gdzie i kiedy. Dwa miasta, tyle ludzi. Na mityngu nie był. Potem widziałem go jeszcze raz, albo dwa, aż wreszcie przyszedł na mityng. Przedstawił się i wreszcie mogłem mu się przyjrzeć.

Powoli do mnie dochodziło. Boże, przecież to jest on… Kolega ze wszystkich szkół, sąsiad, ten czwarty. Lubiłem też grać z nim w szachy, bo nie był zbyt dobry, ale za to był pomysłowy. Ładnie kombinował. Łączyło nas nie mało. A jednak nie poznałem go, chociaż jest ciągle podobny do siebie. Odnalazł się w końcu. Więc świat jest logiczny.

kwadracik na gore 25 p

Imię zmyśliłem tylko, a poza tym wszystko prawda. Jak zwykle.

kwadracik bialy 14 p

pasek jasny na dol 50

Jeśli zainteresował cię ten tekst, przeczytaj też – 021. Dwa pogodne dni, 031. Narkoza

kwadracik bialy 14 p

040. Fotografia

Posted in anonimowy człowiek by (ac) on 22 lipca 2011

Jest wiosna 2010 roku. Jestem w Warszawie. Przyjechałem tu tym razem tylko na weekend. Jest niedzielne słoneczne przedpołudnie. Srebrzyste auto zaciągnęło mnie na mityng. Nie broniłem się. Wiedziałem, że spotkam tu dawno nie widzianych przyjaciół. I tak właśnie jest. Jestem wśród nich. Jest też jeden przyjaciel, którego się nie spodziewałem. Nigdy nawet nie widziałem go z bliska.

Usiadł przy mnie słynny muzyk. Osobistość.  Jego sztuka towarzyszy mi od dzieciństwa. W dużym stopniu ukształtował moją wrażliwość, bardzo mnie wzbogacił. Tak jak umiałem, studiowałem jego improwizacje, wdzięczne harmonie i genialne, niepowtarzalne melodie. A potem nie analizowałem już. Słuchałem tylko, bo po to powstały. By słuchać.

kwadracik bialy 14 p

Zbigniew Dłubak, Gestykulacje, 1970

kwadracik bialy 14 p

W AA jest naturalny zwyczaj, że wszyscy mówimy do siebie po imieniu, ale dzisiaj, do niego, nie umiałbym jakoś. Gdybym wcześniej spotkał go w jakimś innym, neutralnym miejscu, mówiąc mu na Pan, podziękowałbym mu może za to wszystko. Albo nic bym nie powiedział. I dzisiaj nic nie mówię. Patrzę tylko na niego bezradnie. Zatrzymuję spojrzenie zbyt długo, więc i on patrzy na mnie. Jest prywatny, szary, stary, niechlujny nawet. Pije mityngową brzydką kawę.

kwadracik na gore 25 p

Jest lato 2010 roku. Jestem w Łodzi. Idę Piotrkowską. Bez pośpiechu, wakacyjnie, filmowo się snuję. Z przyjemnością i dla przyjemności. Jest piękna pogoda i piękna pora dnia, przed wieczorem. I ja mam się dzisiaj wyjątkowo pięknie. Nisko zawieszone ciepłe słońce znajduje sobie jeszcze dróżki, przeciska się między domami, odbija o szyby i dekoruje elewacje kamienic. Cała ulica pachnie słońcem i historią. Mam na sobie dobre ciuchy, a w sobie boski spokój. Znam tu każdy dom. Wiem, co gdzie było, i kiedy. Jestem u siebie. To wszystko właśnie mi się śni, ale jeszcze tego nie wiem.

kwadracik na gore 25 p

Miałem dziesięć lat, albo mniej, kiedy zacząłem poznawać ten świat. Czasami po szkole przyjeżdżałem autobusem na plac Wolności, gdzie w kawiarence koło fontanny pracowała moja matka, a stamtąd, od czasu do czasu niepewnie zagłębiałem się w Piotrkowską. Najpierw blisko, tylko do Próchnika i Rewolucji, ale potem stopniowo coraz dalej i dalej.

Na Więckowskiego, mojej ulubionej ulicy, był zakład fotograficzny, a w nim samoobsługowa drewniana kabina do robienia zdjęć. Jedno nieduże zdjęcie kosztowało dwa złote i odbierało się je po dwóch dniach. Zaraz za fotografem emocje budził czuj czyn. Sklep dla harcerzy. Przy Jaracza, na narożnej kamienicy było jeszcze bocianie gniazdo. Pochodziło z czasów, kiedy światła na skrzyżowaniu ręcznie przełączał milicjant. Obok zegarmistrz z widocznym z daleka zegarem i brzydka Magda, którą należałoby rozebrać.

Potem dotarłem do Zielonej i Narutowicza, skrzyżowania ze śmierdzącymi podcieniami na wszystkich czterech rogach, z harmidrem tramwajów. Przy przystanku na Zielonej był prywatny sklepik z tysiącem drobiazgów pochodzących jakby nie z tych czasów, a z lepszych jakichś. Były tam stroje księżniczek, wróżek i czarne maski Zorro, brokat w torebkach, breloczki, kolczyki,  pistolety i kapiszony, filcowe, kolorowe naszywki na klubowe marynarki, naszywki skórzane z napisem Super Rifle, i nity do tego, gdyby ktoś chciał sobie uszyć oryginalne amerykańskie, choć włoskie jeansy. W Łodzi produkowano wtedy dobrą tkaninę jeansową dla znanych światowych firm i dosyć łatwo było o kupon. Obok tego sklepu, jeszcze przed kinem Młoda Gwardia, był fryzjer z wystawionym w witrynie kobiecym popiersiem w peruce i tiulach. Wyglądał jak eksponat z gabinetu figur woskowych. Też z innej epoki.

Tuż za Narutowicza w podwórzu wiła się niezmiennie długa kolejka do lodziarni Granowskiej, a  przed Zieloną wisiała gablota ze zdjęciami Śmigacza. Wtedy jeszcze fotografowie używali dużych kamer, a pozytywy odbijali z negatywów stykiem. Zdjęcia miały piękny, nieosiągalny w inny sposób rodzaj głębi ostrości. Trzydzieści lat później będę mieszkał w tej kamienicy. I umierał.

Potem Grand Hotel, Gutenberg i znowu tramwaje. Na Tuwima. A zaraz dalej esplanada, piętrowy, strasznie zabałaganiony sklep z odzieżą. To chyba tutaj matka kupowała mi buty i ubrania. A dwa kroki dalej galeria towarzystwa fotograficznego. To już spory kawał drogi od placu Wolności i starej fontanny.

kwadracik na gore 25 p

Na zapleczu galerii łódzkiego towarzystwa była wtedy ciemnia, z której korzystali jego członkowie. Zapach chemii do pozytywów wypełniał wszystkie pomieszczenia. Poczułem go pierwszy raz, kiedy tylko przekroczyłem tamte drzwi, i wyraźnie pamiętam go do dzisiaj. Może to właśnie ten zapach mnie omamił. Już jako dzieciak, co parę dni kupowałem ulgowy bilet wstępu, i oniemiały przyglądałem się fotografiom. Wszystkie techniki, wszystkie style. Od Bułhaka do Dłubaka. Nie wpuszczali mnie tyko, kiedy z Krakowa przyjeżdżała Wenus. Zanim skończyłem podstawówkę obejrzałem dziesiątki wystaw, tym łatwiej, że mama przeniosła się do innej kawiarenki. Na Tuwima. Ciekawe, dlaczego w tych niewielu zdaniach zawartych jest tyle wspomnień związanych z fotografią?

kwadracik na gore 25 p

Dzisiaj, w to magiczne popołudnie, jestem bardzo blisko tego miejsca. Idę od Nawrotu. Mijam Urząd Miasta i galerię. Mijam ją, bo od dawna nie ma po co tam wchodzić. Z łagodnego szmeru ulicy powoli wyłaniają się dźwięki fortepianu. Najpierw tylko zmienia się trochę świadomość, na lepsze, a dopiero po chwili słyszę muzykę. Niezwykłą. Delikatną i jednocześnie odświętną. Zaciekawiony zatrzymuję się przed esplanadą.

kwadracik bialy 14 p

Esplanada, ul. Piotrkowska, Łódź, lata siedemdziesiąte XX w., fot. Andrzej Wach

kwadracik bialy 14 p

Esplanada przez lata była przedstawiana jako przykład łódzkiej secesyjnej architektury. Przede wszystkim z powodu okna o dziwacznym kształcie. Dawno temu ktoś wymyślił, że Łódź jest secesyjna i potrzebne były na to dowody. Dzisiaj jest tutaj kiczowata restauracja, przerost formy nad treścią, jedna z tych, które próbują udowodnić, że są jedyne i najlepsze. A to zakłamanie tylko. Scenografia bez wartości, brak pojęcia o kuchni i nieumiejętnie tresowany personel. Łódź.

kwadracik na gore 25 p

Przed wejściem do restauracji jest podłużny daszek na słupkach, a pod nim rozwinięty czerwony dywan. Jak dla gwiazd filmowych. Stoi tutaj krótki fortepian, a przy nim siedzi mój słynny muzyk. I gra. Pięknie jak zawsze, ale szerzej tym razem, barwnie. Jakby w tym instrumencie było coś więcej, niż fortepian. Czelesta może, harmonijka szklana, fale Martenota.

Przystanąłem tuż przy nim, ale on nie poznaje mnie. Skupiony na muzyce spogląda na mnie nic nie widząc. Więc mówię mu, kim jestem, że się cieszę, że pięknie, że raz go już spotkałem, i gdzie, że nie miałem odwagi, że całe życie… I już od pierwszych słów wiem, że coś jest nie tak, jak być powinno. Nie rozumiem. Wszystko przymglone jest. Wolniej się dzieje, jak przed zemdleniem, jak w chorobie szukanie śliny. A język nieposłuszny grzęźnie pomału, i mowa… I lęk, i wstyd, że znowu zawodzę.

Po co to teraz… świat się oddala… Aż do zatraty świadomości prawie. Wiec w najgorszą stronę. Już od dawna tego nie chcę. Zachodzi słońce. Cichną szepty, kroki, stuki, i warkoty cichną, a dźwięk fortepianu zanika ostatni.

kwadracik na gore 25 p

Bywało tak przecież. Zdarzało się akurat wtedy, kiedy coś ważnego się działo. I kiedy właśnie tak zdarzyć się nie powinno, nie mogło, kiedy wszyscy patrzyli ważni i wolni, zdziwieni, normalni, lepsi, bo ja zupełnie do niczego. Akurat wtedy. Nieruchomiałem, grzązłem. Świadomy akurat na tyle, żeby bolało i wstydziło. Ale nie bardziej.

kwadracik na gore 25 p

Sny oznaczam kolorem niebieskim.

pasek jasny na dol 50

Jeśli zainteresował cię ten tekst, przeczytaj też – 022. Adoracja, 007. Tylko cisza

kwadracik bialy 14 p

039. Trzecia zmiana

Posted in anonimowy człowiek by (ac) on 29 kwietnia 2011

Jest jesień 2006 roku. Jestem w Warszawie. Ja i moje auto stoimy razem w korku. W alei Niepodległości, gdzieś w okolicach radia, może bliżej Domaniewskiej, ważnej dla mnie ulicy. Próbuję jechać w stronę Wilanowa, ale nie daje się. Tutaj często tak jest.

Od dawna nie złoszczę się na korki. W temacie korków pierwszy krok mam zrobiony. Godzę się z tym, czego nie mogę zmienić. Nie złoszczę się już na wiatr i deszcz, na spóźniające się autobusy, na uliczne korki. Nawet lubię je. Nie ze wszystkim jeszcze tak jest.

Stojąc w korku czuję, że jestem w wielkim mieście, a to mi trochę imponuje. Na przykład lubię jeździć alejami Ujazdowskimi, koło Belwederu, Kancelarii Rządu, koło Łazienek, lubię być na mityngu na Krakowskim Przedmieściu, a najpierw przejść się koło Zamku i koło Pałacu Prezydenckiego, popatrzeć z bliska na ludzi manifestujących w sprawie jakiejś bzdury, zobaczyć pyszałkowatych dziennikarzy w śmiesznych garniturkach. I tacie się pochwalić, że widziałem. Bo tata żyje jeszcze. Lubię spotkać na mityngu znaną aktorkę albo muzyka. Lubię porozmawiać sam z sobą, zamedytować się, uczłowieczyć w katedrze świętego Jana, przy szczątkach Stefana Wyszyńskiego, z niecałą świadomością tego, kim był. Jego bliskość bardziej osadza mnie w historii, robię się ważniejszy, bardziej polski, choć patriota ze mnie żaden i żaden katolik. Raczej antypatriota. Ale i tak lubię wiedzieć gdzie zaczęło się niepotrzebne powstanie, gdzie co było przed wojną i gdzie co ma być, jeśli będzie. Tak jakbym był Warszawiakiem. I przynajmniej w tej chwili, jestem nim.

W korku nic nie muszę, nic nie mogę robić, mam więc świetne alibi, usprawiedliwienie lenistwa. Poza nim dość często tracę czas, a nie umiem nic nie robić bez poczucia winy. Nie umiem też jeszcze sensownie pracować i cieszyć się odpoczynkiem po pracy. Jeszcze brakuje mi dyscypliny. Zamiast niej jest rozmemłanie. Często w moim pokoju tylko siedzę, nie robię nic pożytecznego i wkurzam się na siebie, że nic nie robię, a powinienem przecież. Inni w tym czasie tworzą coś, a ja nie. I złość z tego jest. Bo znam już wartość czasu. Wiem, że jest najcenniejszą rzeczą jaką mam. A on mija bezpowrotnie.

kwadracik bialy 14 p

Tom Waits i Iggy Pop w filmie Kawa i papierosy, Jim Jarmusch, 1993/2003

kwadracik bialy 14 p

Najpierw przestałem palić. Mogłoby się wydawać, że to nie aż tak bardzo istotne, żeby o tym pisać. Ludzie palą, palą i przestają jakoś. Zdarza się. A palenie, choć śmierdzące i szkodliwe okropnie, raczej nie prowadzi całych rodzin do piekła. Tak jak wódka do piekła prowadzi.

Ale u mnie to przecież nie było palenie. To był postępujący obłęd. Pod koniec paliłem bez przerwy, bez przerwy kaszlałem i bez przerwy śmierdziałem. Wypaliłem ponad ćwierć miliona papierosów. Zabiły mnie prawie. Wiele miesięcy spędziłem w szpitalach, a chirurdzy kopali po obu stronach mojej klatki piersiowej.

W rzeczywistości więc, z mojego punktu widzenia, stała się wielka rzecz, tym bardziej, że właściwie nigdy nawet nie próbowałem przestać. Wiedziałem o sobie, miałem pewność, że jestem zbyt słaby, żeby się uporać z paleniem, choć bardzo trzeba było. A tu bach. Z dnia na dzień stałem się wolny. Prawie bez wysiłku.

Wydarzył się pierwszy w moim życiu cud. Nie, oczywiście nie pierwszy, ale chyba pierwszy, jaki zauważyłem, że jest.

kwadracik na gore 25 p

Zaledwie miesiąc później zaszła we mnie druga zmiana, ta najbardziej spektakularna. O niej potem myślałem i mówiłem bez przerwy. I dalej myślę. I wciąż się dziwię. I wciąż próbuję zrozumieć co się stało. Umożliwiła mi dalszą drogę. Ukonstytuowała mnie. Stała się podstawą mojego nowego życia.

Już byłem obolały największym bólem, już nosiłem w sobie całą trwogę świata i wstyd cały, już szykowałem się do umierania i umierałem. Ale nie umarłem. Zamiast tego przestałem pić. Ktoś zdjął ze mnie wielki ciężar. Taki, którego nie mogłem unieść. Ktoś mnie uwolnił.

kwadracik na gore 25 p

Trzecia zmiana stała się nagle, w korku właśnie. Gdzieś w okolicach radia, może bliżej Domaniewskiej. Był wtedy piękny jesienny dzień.

Od trzech lat już nie piję, przeszedłem dwie porządne, intensywne, codzienne terapie i kilka mniejszych, spotykam się dość regularnie z uczonymi psychologami i z kochanymi alkoholikami. W Boga wierzę po swojemu, ale wierzę przecież. Już mam tę pewność, że on jest i że jest dobry, miłujący. Mam pewność słuszności wyboru nowej drogi, choć nie mam pewności, czy to ja sam ją dla siebie wybrałem. A pomimo to wciąż nie mogę zaznać spokoju. Idę dawnymi koleinami. Życie traktuję jak mękę. Wciąż cierpię. Szamoczę się.

Zdarzają się chwile zadziwiającego szczęścia i głębokiej wdzięczności, ale bywa wręcz przeciwnie. Wciąż jestem na huśtawce. Tak to trwa i trwa. Trzy lata. Do znudzenia. Jestem wykończony. Cud, że w tym czasie nie zacząłem chlać na nowo.

W moim sercu tkwi pełno uraz. Tyle samo w nowym czasie naprodukowanych, co wydłubanych z przeszłości. Z dzieciństwa jeszcze. Mam w sobie pełno skrzywdzeń niesprawiedliwych i niepotrzebnych. I do tego sam się krzywdzę. Nie kocham się. Nie lubię. Nie mam dla siebie szacunku. Nie daję sobie rady, choć przecież jakoś daję, i wstydzę się tego. Wstydzę się siebie. Ile sprzeczności, ile paradoksów.

Nie podobają mi się moje myśli, a czasem nawet się ich boję. Ranię w nich i krwawię. Pozwalam sobie na mordowanie innych i siebie. Myśli takie i inne kocą się i kocą, myślą się po kilka na raz w różnych wariantach. Zamęczają. Czasem otumaniają tak, że przestaje się je rozumieć. Tracę kontakt z rzeczywistością, kurczę się, przymykam oczy, świat ciemnieje, oddalają się dźwięki. Zanikam jak w rozmodleniu. Ale to jest jednak co innego.

kwadracik bialy 14 p

Olivier de Sagazan, performance à la Demeure du Chaos en nov 09

kwadracik bialy 14 p

W stojącym samochodzie grzechocze radio. Choć zawsze muzyka była dla mnie ważna, teraz nie słucham jej prawie. Za to od miesięcy towarzyszy mi gadające radio informacyjne. Jestem ze wszystkim na bieżąco. A przyszedł czas nieprzyjemnie śmieszny. Bracia bliźniacy rządzą krajem. A u ich boku Lepper z kolegami. Od razu wiem, kiedy któryś z naszych mężów stanu powie coś głupiego na drugiego, i co głupiego mu tamten odpowie. Złoszczę się na nich. Jest zgiełk. Jest czym się zagłuszać.

kwadracik na gore 25 p

Mówili mi nie raz mądrzy ludzie, i Udrape mi kiedyś mówiła, powoli jak do starca mówiła, żebym rozumiał, bo wtedy moja huśtawka na dłużej zatrzymała się na dole, że to, czy cierpię, czy nie cierpię, czy się duszę, czy nie, to wszystko jest kwestia mojej decyzji przede wszystkim. Że to ja decyduję. Ja. Ja decyduję. To jest tak jak z piciem i niepiciem. Kawą i herbatą. Jest tak, jak ja chcę. Że prawdopodobnie boję się wyjść z tego cierpienia w nieznane mi normalne, pełne życie, bo tutaj gdzie jestem teraz, umiem się nieźle poruszać. Tutaj jestem u siebie. Tak, jak jest teraz, tak właściwie było przez całe życie, a wyjście stąd, decyzja o podróży w nieznane, lepsze światy, wymagałoby nie lada odwagi. Nie jestem jeszcze gotowy. Nie mam jej tyle.

Ale mam świetny pretekst do tego, żeby nie brać odpowiedzialności, nie dorośleć jeszcze, przewlekać. Mogę sobie na to pozwolić, bo przecież jestem inny, wyjątkowy, lepszy, gorszy. Bardziej wrażliwy. Chory. A świat dla takich nie jest łaskawy. A przede mną jeszcze wyzwania, których wolę unikać. Choroby, śmierci, praca od rana, sukcesy, nie daj Boże.

Mogę opowiedzieć o moim bólu i lęku, zapłakać, przesadzić trochę albo nawet nie, i znajdzie się ktoś, kto zrozumie, obejmie mnie, utuli. Mogę zakłamać się na jedną albo drugą stronę, oblepić gadającym przez całą dobę radiem, obłożyć pornografią, zrobić niby dobry uczynek, bo niby taki dobry jestem. Taki anioł. A ktoś wdzięczność za to wyrazi, bo też potrzebuje tego, bo od samotności ucieka. Kobieta najlepiej. A to wszystko mało warte jest, bo nie prawdziwe. Gra taka.

A że cierpienie boli? Boli. To nawet romantyczne dosyć. Tragiczne. I tak jest lepiej niż było. Żyję. Nie piję. Czasem nawet powiedzą, że jestem dzielny. Kiedy spotkasz uratowanego alkoholika, masz przed sobą bohatera. (…) Kiedy spotkasz takiego człowieka, wiedz, że jest to człowiek w bardzo dobrym gatunku. Taka bzdura.

kwadracik na gore 25 p

Ale dzisiaj coś przepełniło się we mnie wyraźnie i nagle. Przelało się. Pękło. Budzę się z otępienia. Cichną męczące, musujące myśli i pojawia się normalny hałas ulicy. Zaczynam widzieć ludzi i widzę słońce. Widzę złote drzewa. Znika napięcie. Czuję ogromną ulgę. I radość. Bo wiem co się dzieje. I myślę słowami, zdaniami, i mówię, że już nie, już nie, już więcej nie chcę cierpieć. Nie chcę. Już więcej nie chcę tak cierpieć. Mam tego dosyć. Że wyjdę na powierzchnię. Walę pięściami w kierownicę i krzyczę. Walę pięściami w kierownicę i krzyczę, że już nie. I podoba mi się to.

A to wszystko samo się dzieje, jeśli cokolwiek samo dziać się może. W każdym razie poza moją kontrolą. Czyli tak, jakbym zwariował. Ale jest wręcz przeciwnie.

Teraz dopiero czeka mnie praca.kwadracik bialy 14 p

pasek jasny na dol 50

Jeśli zainteresował cię ten tekst, przeczytaj też – 002. Zmiana jest możliwa, 013. Spokój

kwadracik bialy 14 p

038. Déjà vu

Posted in anonimowy człowiek by (ac) on 26 lutego 2011

kwadracik na gore 25 p

Jak śnić to śnić. Na całego. Sennie. Onirycznie. Dziwnie. Zapętlać się w labiryntach, albo spadać w przepaść bez końca. Unosić się w kolejnej agonii. Szlochać. Budzić się z rozkoszy o dziwnej godzinie. Albo ze strachu się budzić. Potem przez cały dzień nosić w sobie narkotyk. Bywają takie sny.

Ale bywają sny zwykłe. Sny bez pomysłu, bez dramaturgii specjalnej. Bez niemożliwości. Takie tam. Snuję się w nich gdzieś po prostu. Łażę. Sprawy jakieś załatwiam. Gadam coś bez emocji. Ktoś wpadnie. Nie ma dreszczy. Niedawno znowu plątał się taki jeden. Długi i miły. Ładny jak serial grzeczny. Śnił się z przyjemnością, pamiętał się krótko i poszedł. Nie staram się ich zapamiętywać, więc rozpływają się bez przeszkód.

Byłem w jakimś nieznanym miejscu, nie wiem gdzie, nawet nie mam pewności, czy ten ja, to byłem ja. I ludzie inni tam byli. I też się coś spokojnie działo. Aż do przebudzenia. Co to było i po co? Czy będę tam kiedyś jeszcze i spotkam tych ludzi? Pamiętam ściany kolorowe.

Sny zwykłe zauważyłem niedawno dopiero. Że są.

kwadracik na gore 25 p

Jest styczeń 2011 roku. Jestem w Łodzi, w pracy wspaniałej, okropnej. W kuchni, jadalni. Zawsze o jedenastej z przyjaciółmi moimi nowymi jem tu śniadanie. Lunch za wczesny jak dla mnie. Bardzo lubię ich wszystkich, a to śniadanie, nie śniadanie, jest dla mnie jedną z największych przyjemności powszedniego dnia. Nie mówię im o tym, bo to jakby było samo z siebie wiadome. Bez mówienia. Ale lepiej powiedzieć. Raz. Nie w kółko. Więc powiem. I dzisiaj też jest bardzo miło. Rozmawiamy, żartujemy sobie. Jedzenia dobre poprzynoszone jemy.

kwadracik bialy 14 p

Jan Himilsbach w filmie – Deja vu, czyli skąd my to znamy, reż. Krzysztof Gradowski, 1977

kwadracik bialy 14 p

A ja nagle milknę. Czuję dreszcz jak orgazm głęboki. W plecach i w głowie. Coś jak strach przy umieraniu, ale raczej poruszenie, wzruszenie, zdziwienie, więc nie strach. A przyjemność czuję przy tym wielką.

Jest tak bosko, jakbym na chwilę przedostał się na drugą stronę kulistej powłoki oddzielającej codzienność, świat dostępny ludzkiemu poznaniu, od świata większego, transcendentnego, wiecznego, jakbym zobaczył jak tam jest. Jakbym dotknął tajemnicy.

A przynajmniej tak, jakby udało mi się mój mózg przyłapać na oszustwie, niekonsekwencji. Moje oficjalne i niezachwiane przekonanie o przyczynowości zdarzeń, o logice i prostocie działania świata, chwilami bywa nużące, więc wypatruję też cudów. I odnajduję je. Tu na Ziemi. Kocham koincydencje miłe i katastrofy straszne nawet. Diamenty wśród innych zdarzeń.

kwadracik na gore 25 p

Na początku nie wiem jeszcze co się dzieje. Dopiero po chwili udaje mi się zebrać myśli.

Ja już kiedyś tu byłem. Kilka lat temu. Nie wiem kiedy. Byłem już kiedyś w tej jasnej kuchni ze stolikiem niedużym przymocowanym do ściany, jak w wagonie restauracyjnym, z tymi samymi krzesłami, z tą samą srebrzystą mikrofalówką i plastikową apteczką. Byłem już kiedyś wśród tych samych uśmiechniętych osób, tak samo brzmiały ich głosy, tak samo jedliśmy razem i rozmawialiśmy. I było tak samo miło. Wszystko było tak samo.

Tylko że ja wtedy jeszcze ich nie znałem, i nie mogłem ich znać. Nie pracowałem tu jeszcze, i nie wiedziałem, że będę. Wyśniło mi się to wszystko kiedyś. Wyraźne i ładnie. To był jeden z tych snów zwykłych, bez dreszczy, snów niby niepotrzebnych, niby bez sensu.

kwadracik na gore 25 p

To nie było zwykłe déjà vu. Próbowałem więc nazwać to jakoś, bo lubię wszystko mieć ponazywane, żeby było wyraźne, bo myślę słowami często, więc powinno być słowo do wszystkiego dopasowane.

A potem dopiero poczytałem, bo przecież już trochę wiemy, ludzie, co jest wewnątrz tej kulistej powłoki, a nawet odważamy się, niektórzy, zmyślać, co jest poza nią. Można poczytać sobie, a nie proch wymyślać.

Jest o déjà vu trochę napisane. Ciekawe skąd ta wiedza, bo chyba nie z dzisiejszych uniwersytetów. Już przede mną ktoś wszystko ponazywał. Jeden z wielu rodzajów déjà vu, co znaczy – już widziane, nazywa się déjà rêvé już wyśnione, no i zdarza się widocznie. Inaczej by nie nazwali.

Nie opowiedziałem im wtedy, przyjaciołom, że mi się dawno już wyśnili. Dopiero po jakimś czasie powiedziałem. Bo po co trzymać. Byli zdziwieni. Ale bez przesady.

kwadracik na gore 25 p

Mógłbym to wszystko napisać ciekawiej, ale postanowiłem przecież, że tutaj zawsze będę pisał prawdę. A gdzie indziej to bywa różnie.

kwadracik bialy 14 p

pasek jasny na dol 50

Jeśli zainteresował cię ten tekst, przeczytaj też – 017. Mniej i mniej, 029. Worek, 030. Dobrze jest, jak jest dobrze

kwadracik bialy 14 p

Tagged with: , ,

037. Buntownik bez powodu

Posted in anonimowy człowiek by (ac) on 8 lutego 2011

kwadracik na gore 25 p

Przyjaciel mówi, alkoholik, narkoman, że nie chce, nie potrzebuje dwunastu kroków. Młody jest bardzo. Ma 24 lata. Tacy jeszcze niedawno nie przychodzili do AA. Jeszcze nas nie lubi. Jeszcze nie ma w nim wdzięczności.

Nie tłumaczy tego nawet za bardzo. Nie będzie sobie zawracał głowy. Nie, i tyle. Ma w sobie nawet coś w rodzaju pogardy dla tych, którzy idą przez życie z programem. I do starszych w ogóle. Jakby byli z innego świata. Z innej skóry. On jest lepszy i mądrzejszy. Cholerny pozer. Przecież wiem, że męczy się jak cholera. I że nie znalazł się tu bez powodu. Zdążył już swoje przeżyć. Pamiętam jeszcze moje bunty. Odmrażanie uszu na złość mamie.

On jeszcze zmądrzeje. Albo i nie. Przecież nie wiadomo co będzie. James Dean w jego wieku właśnie tracił życie. Nikt nie przypuszczał.

kwadracik bialy 14 p

James Dean, Natalie Wood, i reżyser Nicholas Ray na planie filmu Buntownik bez powodu, 1955

kwadracik bialy 14 p

Czy jest w tym programie jakaś dziwaczność, skaza, że odpycha czasem? Częściej w Łodzi, niż w Warszawie, częściej w Warszawie, niż w Nowym Jorku. Tam cię nikt nie zapyta, jak długo nie pijesz. Tam najwyżej zapytają o to, jak długo jesteś na programie. Bo to jest ważne. Bo nie pić i nie zmieniać się, bo cierpieć, to po co. I już na początku zaopiekują cię sponsorem.
Czy jest jakiś powód, żeby nie pochylić się nad nim, nie próbować go chociaż rozumieć? Jeśli jest, to nie w programie przecież, a we mnie, w tobie, w zbuntowanym chłopaku. Jest lęk. Praprzyczyna. A może jest tak, że on jednak chce, albo już to robi, a tego nie wie nawet. Mieszczanin szlachcicem. Nie wie, że mówi prozą.

kwadracik na gore 25 p

Mój dziadek na przykład. O dwunastu krokach nie słyszał nigdy i alkoholikiem broń Boże nie był. W żartach mówił, że za kołnierz nie wylewa, ale tak naprawdę, kiedy był na jakichś imieninach albo na brydżu, wypijał tylko jeden kieliszek. Drugiego już do niczego nie potrzebował. I bez niego był pogodny. I śpiewał. A ja nie.

Dziadek przez trzydzieści pięć lat ani razu nie spóźnił się do pracy. A jak komuś coś obiecał, to zawsze słowa dotrzymywał. Podobno kiedyś powiedział, takiemu jednemu z fabryki, w której pracował, że da mu w mordę, bo mu się należało, a tamten aż dwa tygodnie musiał czekać… ale dostał w końcu. Tym celniej, że dziadek przed wojną był bokserem.

To bycie bokserem nie przeszkadzało mu być jednocześnie mistrzem szachowym. Teraz jest raczej – albo tak, albo tak. I mnie dziadek w szachy grać uczył. I przegrywać uczył.

Był uczciwy i pomocny. Ciotce starej maść się wystarał, bo jej nogi puchły bardzo, kloce, jak to w Łodzi, gdzie kobiety pracowały na tkalni, przędzalni, na trzy zmiany w łomocie. A maści dostać nie można było, chociaż nie pomagała. No i dzielny był. Choć porządnie się w życiu nacierpiał, w czasie wojny, i przed wojną, i po wojnie, to nie złamał się, a wyszlachetniał tylko. I do partii nie poszedł. I nie awansował za bardzo. A że języki z wojennej tułaczki znał różne, więc i tak go co trochę musieli za granicę wysyłać, bo sami nie znali. Miód mi przywoził z Budapesztu.

kwadracik bialy 14 p

Fotografia rodzinna, Zakopane, 1966

kwadracik bialy 14 p

Umiał czerpać radość z życia, i właśnie dlatego jego życie było bogate. Odwzajemniało się różnorodnością. Do kościoła niby nie chodził. Ale raz widziałem, że był. W Zakopanem. Podziwiał góry i kochał operę. Co najmniej w tych dwóch miejscach odnajdował swoją duchowość. Tak przypuszczam.

Miał w swoim życiu osobistym, tak jak ja w moim, zakręty wielkie. Życiorys wił mu się i łamał, bo serce nie sługa. I hormony, feromony. A jak teraz na tę jego przeszłość patrzę, z perspektywy dzisiejszego dnia i mojego doświadczenia, to widzę, że w tych sytuacjach trudnych postępował najbardziej godnie, najdelikatniej, najmądrzej jak było można.

kwadracik na gore 25 p

A ja? Ja także miałem swoją tułaczkę. I jeszcze jestem w drodze. Jeszcze dzień, albo tysiąc dni, albo dziesięć tysięcy. Najtrudniejsze mam już za sobą. Albo i nie jeszcze. Przecież nie wiadomo co będzie. A po tym najtrudniejszym, jak już się stało, wcale nie było dobrze od razu. Źle było. Żyłem, choć się nie zanosiło na to, że będę żył. Ale taki jak wtedy, do tego życia nowego zupełnie się nie nadawałem.

Bardzo potrzebowałem zmiany, i kiedy umęczyłem się już, kiedy zrozumiałem, że jej potrzebuję, kiedy przestałem się bez powodu buntować, i zdecydowałem, że chcę się zmieniać, a to była chyba pierwsza dorosła decyzja w moim życiu, z tych decyzji dużych, ważnych, bo inne, wcześniejsze, jakby same się stawały, bez wiedzy mojej i mojego czucia, bez uważności, a to, żeby nie pić, żeby żyć, to jakby Bóg za mnie zdecydował, i wtedy właśnie bardzo pomógł mi program zapisany w dwunastu krokach. I dalej pomaga.

kwadracik na gore 25 p

Nawet nie trzeba być alkoholikiem, ani mieć takiego tatusia, ani być innym narkomanem, żarłokiem złoczyńcą, albo wszetecznym erotomanem, z domu dziecka, z domu wariatów, ani grać na automatach godzinami. Aż do krwi wymiotować. Umierać w kółko.

Wystarczy być człowiekiem po prostu, dorośleć, chcieć. No, do tego jednak, żeby nim być, cierpienie przydaje się bardzo. Inaczej lenistwo. Nie chce się.

To jak? Może to nieźle było zachorować na ohydztwo. Ile korzyści. Świat się otwiera. I oczy.

Dobrze jest mieć drogowskazy.

kwadracik bialy 14 p

pasek jasny na dol 50

Jeśli zainteresował cię ten tekst, przeczytaj też –  005. Początek, 017. Mniej i mniej, 035. Dobrze jest

kwadracik bialy 14 p

036. Dobrze jest

Posted in anonimowy człowiek by (ac) on 30 stycznia 2011

kwadracik na gore 25 p

Nawet nie potrzeba być alkoholikiem, ani mieć takiego tatusia, ani być innym narkomanem, żarłokiem, złoczyńcą, albo wszetecznym erotomanem, z domu dziecka, z domu wariatów, ani grać na automatach godzinami. Aż do krwi wymiotować. Umierać w kółko.

Wystarczy być człowiekiem po prostu, dorośleć, chcieć. No, do tego jednak, żeby nim być, i żeby chcieć, cierpienie przydaje się bardzo. Inaczej jest lenistwo. Nie chce się.

To jak? Może to nieźle było zachorować na ohydztwo. Ile korzyści. Świat się otwiera. I oczy.

kwadracik bialy 14 p

Farman’s flying machine, 1909, fotografia

kwadracik bialy 14 p

kwadracik na gore 25 p

Jednym zdaniem?

Po pierwsze, dobrze jest godzić się z tym, co jest, z tym, że jak coś jest, to jest, a jak czegoś nie ma, to nie ma po prostu, a nie udawać, że jest inaczej, w baśni żyć, w starym iluzjonie, i dobrze jest wiedzieć, że jest tylko to, co być mogło, a jak czegoś nie ma, to nie mogło być widocznie, więc nie ma co żałować, i nie ma co kłócić się z rzeczywistością, bez powodu się buntować, a dobrze jest trzeźwo widzieć świat, na deszcz nie złorzeczyć, bo inaczej, to jak,

a po drugie, dobrze jest nie myśleć o sobie, że się najważniejszym jest, a pamiętać zawsze, że jest czas, przestrzeń, i są oceany, że jest tajemnica i jest nieskończoność, i nie tylko raz na rok, na pogrzebie czyimś tak pomyśleć, ale zawsze to wiedzieć, i nazwać to Bogiem, bo to słowo krótkie, stare, piękne i wygodne, a samemu Bogiem nie być, broń Boże, nie próbować nawet, bo to się nie da, i nie ma po co, bo frustracja tylko z tego jest, i złość rośnie,

a po trzecie, dobrze jest wiedzieć, że świat wielki i stary, jest przyjazny i ciepły, jak dobry ojciec jest, i dobrze jest wierzyć, że jest po coś, i że Bóg taki sam jest, bo on jest światem przecież, więc można uspokoić się wreszcie, zaufać, wtulić się i poczuć bezpiecznie, a można też nie, ale męka z tego jest i dla najbliższych, bo się promieniuje przecież, i lęk jest, więc po co to, a jak cierpienie przyjdzie i trud, to też po coś, choć się nie rozumie,

a po czwarte, dobrze jest przyjrzeć się sobie, poznać się, zobaczyć siebie prawdziwie, poprzez to, co było i to, co jest, chociaż to boli i odpycha, bo kto z nas jest bez grzechu, złoczyńca, wystarczy gazety przeczytać, jakie rzeczy się dzieją, a też dobrze jest dobro w sobie zobaczyć, bo kto z nas jest zły, bo nie ma człowieka złego, a wszystko to dla lepszego tego, co będzie, dobrego jutrzejszego dzisiaj, bo tylko dzisiaj jest, a co było, nie zmienisz,

a po piąte, dobrze jest powiedzieć o sobie, i prawdę powiedzieć,  a na nieprawdę już nie tracić czasu, bo nie ma go w nadmiarze, i truje nieprawda, i dobrze jest Bogu powiedzieć, chociaż Bóg wie, więc niby nie trzeba, ale i tak dobrze jest powiedzieć mu wszystko, i dobrze jest potem poczuć się dobrze, lekko, bez kamieni w sobie, ołowiu, jak po spowiedzi, bo dobrze jest tajemnic nie mieć, bo na co one komu, medale,

a po szóste, dobrze jest dbać, a nie nie dbać, a najpierw o siebie dbać, bo żeby dbać o innych ludzi kochanych, trzeba samemu być zadbanym, a to robota jest, bo dobrze jest mądrzeć, i siły zbierać, i odwagę, i pewność kierunku, i pewność, że warto, krok po kroku, dzień po dniu, a zmiany są z tego wielkie, z drążenia skały, i dobrze jest zobaczyć je potem, a niedobrze jest uczyć się dopiero dzień przed maturą, po nocy, bo czasu jest mało, bo wszystko ma swój kres,

a po siódme, dobrze jest rzeźbić się, lepić świadomie, bo i tak się człowiek zmienia, czy chce czy nie chce, to się zmienia, ale dobrze jest wiedzieć, widzieć, co i jak, więc świadomie się zmieniać, a nie niechcący, dobrze jest poczuć co uwiera, co truje, i nazwać to, i oddać, z pomocą Boga, świata, poprosić, żeby zabrał, a on to zabierze, a potem dobrze jest miejsce puste wypełnić mądrym i pięknym, bo czego się wstydzić w tym wieku, więc znowu staranie i praca, a to dobrze,

a po ósme, dobrze jest w przeszłość spojrzeć znowu, jeszcze raz, i wspomnieć tych ludzi, którzy byli, którzy są, co było i jak było naprawdę, jak kto zmienił się, ile stracił, i ile stracił siebie, bo ciebie napotkał na drodze, i napisać na papierze, komputerze, bo jak się napisze, to jest, a jak się pomyśli tylko, to raz tak, a raz tak, bo myśl płynie i wymywa, i zostaje co innego, bo zakłamać lubi, a tak to jest praca i jest zobowiązanie, więc napisać jednak,

a po dziewiąte, dobrze jest wynagrodzić im wszystkim, najlepiej jak się umie, tym ludziom kochanym, bo kochani są przecież, choćby się tego nie widziało na razie, że są kochani, przez lęk, więc dobrze jest zadośćuczynić, dla ich dobra, a nie swojego, więc i swojego przecież, bo inaczej się nie godzi po prostu, żeby to tak zostało niby zapomniane, zapaćkane, a to trudne jest, trochę strach, ale też radość jest wielka jak się uda, i sens wielki, i dorosłość cieszy,

a po dziesiąte, dobrze jest być z sobą, przyglądać się sobie stale, monitorować, reagować, bo po co osad gromadzić, ludzi do siebie zrażać, a potem ich unikać, czy co, i dobrze jest uważnym być i na sobie uważność ćwiczyć, być przy sobie stale, dla szczęścia po prostu, żeby wiedzieć, że się jest, choć kiedyś chciało się nie być, i wiedzieć, że wszystko jest, ta tajemnica, świat,

a po jedenaste, dobrze jest być częścią świata, ziarnem, a nie przeciw niemu być wielkiemu, i w walce z nim, bo się nie wygra, i dobrze jest stopić się z nim, czuć, że jest z tobą stale, że masz go w sobie, a masz, a bez tego czucia życie marnieje i lęk się odradza, a dobrze jest spokój mieć w sobie, a nie rozgadanie, i dobrze jest nie żądać za wiele, bo on, Bóg, świat, mądry jest, i sam dobrze wie, co dać i kiedy dać, i daje przecież, i od tego jest, żeby wiedzieć najlepiej,

a po dwunaste, dobrze jest być z Bogiem, blisko, z ludźmi, bo samemu, to po co, a jak już bogactwa nazbierasz, to dobrze jest dzielić się z ludźmi tym dobrem całym, miłością i nadzieją, bo kto daje, ten bierze, a kto nie daje, ten schnie w samotności, a dobro zawsze wraca, choć nie zawsze wtedy, kiedy się spodziewasz, i nie zawsze ze strony spodziewanej, ale wraca zawsze, tak jak i zło wraca, więc lepiej dobro.

kwadracik na gore 25 p

Dobrze jest mieć drogowskazy.

kwadracik bialy 14 p

pasek jasny na dol 50

kwadracik bialy 14 p
Jeśli zainteresował cię ten tekst, przeczytaj też –  037. buntownik bez powodu